Cisza nie oznacza stagnacji. Cisza nie oznacza rezygnacji. Nie oznacza też zwątpienia. Cisza z mojej strony znaczy tylko tyle, że roboty mamy aż po czapki z daszkiem i – czasami nawet też dosłownie – ziemia nam się pali pod nogami. Czasem zaś nie ziemia a podłoga w samochodzie (albo silnik) ale o tym szerzej kiedy indziej bo to także grubszy temat.
Nie mam siły na elaboraty i epickie komentarze, nie pokuszę się o żadną analizę czy podsumowanie – może kiedy indziej. Słowa nie przychodzą łatwo kiedy człowiek ze zmęczenia ryje nosem w ziemi. To zmęczenie, nasze wspólne, zbiorcze albo nawet brzydko mówiąc – kolektywne, już pomału wrasta nam w codzienność i zamienia się w logotyp akcji. Gdyby było ciałem stałym, rosłoby jak ciasto, puchło w oczach i pęczniało, może nawet wystrzeliło. Nie jest – więc jedynie wszystkim daje się we znaki coraz mocniej i czasami nie pozwala zasnąć. Ale – patrz powyżej – nikt się tutaj nie zamierza poddać i odpuścić. Mamy przecież w końcu jakąś wojnę do wygrania.
Misja trwa i tak jak wielokrotnie już deklarowałem – będzie trwała aż do chwili gdy ostatni kacap zniknie z Ukrainy a najlepiej w ogóle z pola, w którym choć śladowo da się go zobaczyć. Dobrowolnie albo w czarnym worku – jego wybór. A uwierzcie mi na słowo – w trzecim roku wojny nie wygląda nic różowo ani dobrze zaś miejscami wręcz fatalnie. Świat powoli zapomina o niszczonym przez najeźdźców skrawku (wcale nie maleńkim) Europy, wypychając słowo „wojna” za igrzyska olimpijskie i raporty z giełdy, nawalanki polityczno – kryminalne, zwykły tumiwisizm czy wakacje w ciepłych i spokojnych krajach. A tymczasem gdzieś nad Dnieprem i za Dnieprem i przed Dnieprem ludzie nadal giną tysiącami – i niestety nie jest to figura retoryczna tylko statystyka. Giną małe dzieci, staruszkowie i dorośli, babcie w kolorowych chustkach i żołnierze w upapranych ziemią kamuflażach, matki i ojcowie, księża, popi i zdeklarowani ateiści, geje i hetero. I ta wojna, w świetle fleszy (bardzo mocno już przygasłych), kamer coraz mniej znaczących telewizji i relacji live (lub niemal live a nawet z tygodniowym opóźnieniem), w iluś „K” i w streamach, w pełnej rozdzielczości z detalami, idzie wciąż powoli lecz skutecznie coraz dalej, kosząc albo rozdeptując wszystko co napotka na swej drodze. Pamiętajcie proszę o tym jeśli to, co dzieje się na Ukrainie już was nie porusza tak, jak na początku (albo wcale was nie rusza bo to przecież „nie jest wasza wojna” tylko wstyd się jakoś wam do tego głośno przyznać). To prawdziwa wojna, taka niefotogeniczna, niemedialna i powolna – z masą świeżych lub zastygłych trupów, oderwanych nóg, rąk, głów, gruzami domów i gruzami życia, brudna, podła i wysmarowana krwią, czasami nawet łajnem; nie filmowa z oscarową muzą w tle a pełna syfu, pozrywanych bezpowrotnie nici i rozpaczy, która może mieć na imię, dajmy na to, Tania czy Larysa, Wala, Ola lub Oksana. Albo – z drugiej strony – Kola, Paweł czy Witalik. I ta wojna, niszcząc sukcesywnie i planowo życie, domy, plany i marzenia, idzie w naszą stronę. Wolno i na razie bez widocznych na europejskim niebie fajerwerków – ale idzie i zapewne kiedyś dojdzie. A im szybciej o niej zapomnimy i im szybciej (i skuteczniej) ją wypchniemy z naszej świadomości, z naszych stref komfortu, przedkładając święty (ale nieprawdziwy) spokój ponad rzeczywistość, to tym szybciej przyjdzie do Białegostoku i Kobyłki, do Lublina i Warszawy, Wilna, Rygi czy Tallina, może nawet zechce wpaść na chwilę do Berlina, Wiednia, czeskiej Pragi czy Paryża – wszędzie tam już w końcu była i zna drogę. A pamiętać trzeba, że gdy ruska wojna wpada gdzieś na chwilę, zwykle tam zostaje na dziesięciolecia.
* * *
Miałem pisać o tym wszystkim ponad trzy tygodnie temu ale wtedy przyszły informacje o zbombardowanym Achmadycie. To mi odebrało chęć do czegokolwiek na kolejne dni i przeszły trzy tygodnie. Z Marią, która była blisko tego nie udało mi się wtedy porozmawiać. Wprawdzie odebrała, powiedziała „słucham” ale tak naprawdę była na Księżycu. Płacz w słuchawce, przerażenie i niezgoda – Maria była w innym świecie i nie rozumiała o czym do niej mówię; nie udało nam się wtedy porozmawiać. Bo rakiety spadły dwieście, może trzysta metrów od niej – i patrzyła tak na rumowisko, na miniaturowe zwłoki, rozpacz ocalałych dzieci i rodziców, którzy stali się znienacka sierotami. Część z tych ocalałych dzieci uratował ponoć sprzęt do dializ – był na tyle ciężki, że zatrzymał i rakietę i walące się sufity; diabli wzięli te maszyny za miliony ale ocalały dzieci. Takich rzeczy nie powinien nikt oglądać i doświadczać, to się jednak wydarzyło – w letni i leniwy dzień wakacji. Bo Achmadyt (lub „Ochmadyt” jak kto woli jeśli jest purystą językowym) to bez wątpliwości bardzo ważny cel wojskowy dla pisanej cyrylicą aktualnej wersji Mengelego, Hoessa czy innego gestapowca naszych czasów – w końcu czym by innym mógł być szpital dla umierających na najgorsze formy raka dzieci ? Takie to wojskowe, strategiczne cele o kluczowych cechach militarnych wybierają ci zbrodniarze, odszczepieńcy, popłuczyny z hitlerowskich kibli, po czym atakują je dronami, kindżałami, amunicją kasetową i bombami rozwalającymi pół miasteczka naraz. Szpital tu czy tam, osiedle mieszkaniowe, supermarket i półtorej tony materiałów wybuchowych – bum i po temacie. Wania ma białaczkę, Kola raka mózgu a Swietłanka chyba tylko mały palec ocaliła od przerzutów – cała jest w tym popapranym raku. A więc – bum i po temacie. Zobaczymy czy przeżyją nalot i spotkanie z ruską bombą. Komendancie …. Ja, herr doktor? Moim zdaniem może to być interesujący eksperyment … Oczywiście, liebe Mengele, spróbujmy, świat i tak ma wywalone na te rzeczy …. Mam nadzieję tylko, że to wszystko będzie kiedyś skrupulatnie policzone i zbrodniarzy spotka Norymberga Plus – gdzie „Norymberga” znaczyć będzie „kara”, sprawiedliwa i dotkliwa, za wojenne zbrodnie, „Plus” zaś ostateczne rozliczenie za Achmadyt, Humań czy Kachowkę – rozliczenie jeden do jednego, tak jak to wdrażano z powodzeniem już w starożytności – a szczegóły sobie sami dośpiewajcie. My byliśmy tam zaledwie tydzień przed tą zbrodnią. Zawieźliśmy pomoc. Teraz trzeba w wielu miejscach zacząć od początku. Więc zaczniemy od początku.
* * *
Nasza misja trwa i będzie trwała.
Kwiecień, maj, czerwiec, lipiec – nie wiem gdzie się podziały, minęły w jakimś dzikim pędzie. Ukraina po raz pierwszy, Ukraina po raz drugi, Ukraina po raz trzeci, Ukraina po raz czwarty … Bar, Winnica, Humań, Kijów, Chersoń, Mikołajów, Nowy Bug, Nosówka, Kropywnycki czyli dla mnie wciąż jak na złość gród Kirowa. Nawet Pokrowsk i tereny gdzieś pod Zaporożem i nie tylko – podaruję sobie nazwy miejscowości z przyczyn oczywistych. Rozładunek – ładowanie – transport – rozładunek – ładowanie – transport …. Ktoś zapytał czy to wciąż ma sens i cel a ja niezmiennie twierdzę, że niestety ma – a nasza pomoc (i nie tylko oczywiście nasza) jest potrzebna teraz coraz bardziej, bardziej nawet niż w dwudziestym drugim roku: coraz większa jest niepewność i dramaty ludzkie od Charkowa po zachodnie stepy i miasteczka. Widzieliście w filmie z marca jak wygląda nasza praca i codzienność. To niestety już archiwum zdarzeń – teraz jest o wiele gorzej. Ludzie umierają i chorują na potęgę, nie ma prądu, nie ma wody, nie ma czasem nawet żarcia, są też miejsca gdzie w ogóle nic już nie ma – pozostały tylko wypalone gruzy. W takich sytuacjach, w takich miejscach znika także człowieczeństwo.
Dzisiaj więc nie będzie o tym, że byliśmy tu i tam i zawieźliśmy jedno, drugie, trzecie, piąte … Widać to na zdjęciach, obejrzyjcie proszę je dokładnie. Bo to były trzy miesiące – a w zasadzie cztery – na petardzie i adrenalinie. Wyjeżdżały nasze busy pełne medycyny i apteczek – zrobiliśmy ich kolejne kilka setek i robimy już następne – w zeszłym roku złożyliśmy tych apteczek prawie dwa tysiące (!), tylko do połowy tego – prawie tysiąc. Zawieźliśmy materace i jedzenie dla zbombardowanych dzieci i żołnierzy, prąd dla „naszych” podopiecznych w Barze i Humaniu (nb gdybym miał „te” słynne miliony to chyba w każdym ukraińskim gospodarstwie domowym stałyby co najmniej cztery potężne generatory), wózki inwalidzkie, opatrunki, leki. I ubrania i łopaty i przeróżne inne rzeczy, które mogą przydać się na froncie ale też na jego tyłach i zapleczu. Obróciły też dwukrotnie pełne tiry, dwa następne zaś zbierały pomoc w Polsce. Kilkanaście – a w porywach i trzydzieści – osób poświęcało czas, energię, siłę i emocje żeby stawić czoła ZŁU (nazwijmy rzeczy po imieniu choćby brzmiało to naiwnie albo nawet infantylnie), dołączały do nas również firmy, instytucje i organizacje – każda z nich wrzucając swój kamyczek do ogródka. Wojny w taki sposób może nie wygramy lecz robimy, co jest w naszej mocy i nie zamierzamy przestać.
Bowiem najważniejsze co wozimy, woziliśmy w zeszłym i poprzednim roku i będziemy nadal wozić – to NADZIEJA.
* * *
Amen. A teraz podziękowania. Nie z obowiązku lecz od serca.
Misja humanitarna naszej fundacji, niejednokrotnie trudna, karkołomna i nieprzewidywalna, trwa dzięki wspaniałym, otwartym i empatycznym ludziom, firmom i organizacjom z Polski – ale też z całego świata. Dziękujemy, że pomagacie nam ją realizować , nieść nadzieję, odbudowywać zniszczone życie – a niejednokrotnie również je RATOWAĆ.
Naszą misję realizujemy we współpracy (która przez te wszystkie miesiące przechodzące w lata) zamieniła się po prostu w przyjaźń z Fundacja Humanitarna Folkowisko i Stowarzyszeniem Folkowisko. Alek, Wowa , Renia, Marcin, Minci, Dima, Justyna …. dziękuję, że jesteście. W mojej pracy ale także w moim życiu.
Od samego początku jest z nami Fundacja Totalizatora Sportowego, wspierając nasze działania. Pani Izo, Kateryno i Sylwio – jesteście naprawdę wielkie a dzięki Wam i Waszemu zaangażowaniu świat jest odrobinę lepszy.
Jesteśmy również szczęśliwi, że nasze działania dostrzega i uznaje za ważne państwo polskie. Od lipca tego roku naszą pracę wspiera Senat Rzeczypospolitej Polskiej – dziękujemy !!!!
Od początku misji jest również z nami Fundacja Leroy Merlin i niesamowita Agnieszka Bolek, dla której nie ma rzeczy niemożliwych i zbyt trudnych. Agnieszka, chylę przed Tobą czoło (Ty wiesz ..).
Wspiera nas również już od dawna Kulczyk Foundation za co serdecznie dziękujemy. Pani Anno – raz jeszcze moje wielkie podziekowanie – za zrozumienie, zaangażowanie … i podpaski i nasze długie rozmowy, serce i ostatnie wsparcie. Dobrze je wykorzystamy.
Ludzie, którzy mają wielkie auta mają także wielkie serca. Dzięki Sava Translogic Dmytro Savenkov Jr. i Good People Foundation/Фонд Добрих Людейi a także Formag LTD Sp z o.o. i Aleksandra Knyrovich możemy wozić pomoc w naprawdę wielkich ilościach … i daleko; to własnie dzięki tym wspaniałym ludziom wyjeżdżają od nas pełne tiry. Szacunek dla Was!
A dzięki Stowarzyszenie WIOSNA i bp nasze auta mają pełne baki … i nie stygną, niosąc pomoc hen, daleko, daleko… Pani Prezes, pani Dana Boretska – dziękujemy!
Nasze działania wsparły również Hotel Gromada Centrum w Warszawie (dzięki któremu mnóstwo żołnierzy ale też dzieci w szpitalach ma na czym spać – pani Renato OGROMNE dzięki – wjazd tirem do centrum Warszawy był niepowtarzalny), ibis Warszawa Ostrobramska, Stowarzyszenie Praskie Patrz Sercem (i kolejna bojowa Agnieszka – Aga, chapeaux bas dla Ciebie za całą Twoją pracę, serce i pomoc) i Humana – für Mami und mich, Fundacja Avalon i wielu, wielu innych dobrych ludzi z Polski, Francji, Anglii, Stanów Zjednoczonych, Kanady, Szkocji …… Dziękujemy Wam wszystkim !
Misji humanitarnej nie tworzą idee ani słowa ale ludzie i ich praca. Oto oni. Kochani – jesteście moimi bohaterami
Renata Płoskoń, Michał Minchi, Aneta Hoffmann, Brian Sauber, Magdalena Niepiekło, Paweł Dobrowolski (Pawełku nie chowaj się – i tak nie uciekniesz przed FB 😃 ), Tomasz Troszczyński, Łukasz Krencik, Katarzyna B. Michaliszyn, Dora Dora, Marta Bojko, Skaner (ty TEŻ nie uciekniesz 🙂 ), Filip Maguza, Alek Sola, Marcin Piotrowski, Tadek, Agnieszka Rutkowska, Agnieszka Bolek, Agnieszka Inez Zachar, Agnieszka Mazur, Володимир Михалишин, Dmytro Vorobin, Paweł Connor Troszczyński , Olga Lz ………
FUNDACJA ZNAKI PAMIĘCI











































