Jedna z liczb potężnych. I zarazem symbol nieuchronności.
Według Apokalipsy św. Jana tysiąc to pełnia, okres, w którym dopełni się czas. To przeciwieństwo „krótkiego okresu” bądź „krótkiej chwili” jaka pozostała wrogom do ich całkowitego unicestwienia. Tysiąc to również tzw „liczba anioła” – symbol zwiastujący nowy początek i otwarcie; nadejdzie jednak w cierpieniu i przerażeniu. Tysiąc to w końcu liczba opisującą mikrocałość, chętnie podawana przez Biblię by określić skończoność i nieodwracalność: tysiąc szekli czynszu płacił Salomon za swoją winnicę, tysiąc filistynów zginęło z ręki Samsona, tysiąc pokoleń ma trwać przymierze z Abrahamem, tysiąc ofiar całopalnych złożył w Gibeonie Salomon.
Tysiąc razy wzrośnie lud sprawiedliwy po odnowieniu Jerozolimy.
Tysiąc żołnierzy wyjdzie bronić miasta. Lecz ocaleje tylko stu.
Tysiąc* dni temu o świcie rozpoczęła się kolejna wojna w Europie. Wojna inna i dziwna bo w kolorze, wysokiej rozdzielczości i w całości niemal live. Wojna, która wyszła poza ramy znanych, opisanych i oswojonych schematów, używanych w grach wojennych przez najróżniejszych Władców Marionetek. A zarazem taka sama i tak samo wstrętna, brudna i powtarzająca wszystkie triki, myki i zagrywki jakie ludzkość zna już od tysięcy (nomen omen ) lat i których od przynajmniej stu wypiera się werbalnie, głośno krzycząc „Nigdy Więcej Wojny!”. Po tysiącu dni zmieniania coraz rozleglejszej części Europy w pozbawiony życia pas spalonej ziemi, jedną i jedyną pewną rzeczą jaką wiemy w odniesieniu do tej brudnej wojny jest świadomość, że my wszyscy tak naprawdę nic nie wiemy i stoimy nad przepaścią. Czy jesteśmy dzisiaj bliżej zakończenia czy też oglądamy właśnie rozpoczęcie trzeciej i ostatniej wojny?
Nie odpowiem. Nie wiem.
***
Ukraiński prezydent podziękował przed chwilą Europie za to, ze żaden z tych tysiąca dni nie stał się dniem zdrady. Nie sposób jednak nie zauważyć, że o ile dzień setny – a nawet pięćsetny – były dniami honoru, jedności i wsparcia, dziś przyszły dni zwątpienia, zniechęcenia i odwrotu. Tak, jak w Kubusiu Puchatku – im bardziej Kubuś zaglądał do norki, tym bardziej Prosiaczka w niej nie było. Nie pomaga zmęczenie, zniechęcenie, nie pomaga pogłębiająca się, globalna zapaść bezpieczeństwa, nie pomaga często nawet sama Ukraina – wygłaszając dyrdymały a niejednokrotnie bzdury poprzez usta swoich polityków. My robimy jednak nadal swoje, ignorując (co jest trudne) politbrednie z lewa, prawa i ze środka, ignorując (co jest również trudne a do tego irytuje) propagandę która leje się hektolitrami z Kremla rezonując krzywym echem od europejskich stolic aż po ruskie satelity. Mamy w końcu jakąś wojnę do wygrania. Cisza w naszych mediach nie oznacza, że zatrzasnęliśmy drzwi, wyłączyliśmy światło i daliśmy sobie spokój. Otóż jest na odwrót – niezależnie skąd zawieje wiatr – jesteśmy nadal tam, gdzie stanęliśmy przed tysiącem dni i gdzie staliśmy przez trzy prawie lata. A roboty jest niestety coraz więcej – z tej trzyletniej, smutnej pespektywy widać, że czas próby, tej prawdziwej albo zbliża się nieubłaganie, albo właśnie nadszedł.
I zwyczajnie nie wystarcza czasu na wspomnienia i relacje. Zresztą – czas na opowieści o tych przysłowiowych starych karabinach jest – niestety – wciąż przed nami. Bo niecały tysiąc (nomen omen po raz drugi) kilometrów od wygodnych biur, świątecznie ozdobionych sklepów i kafejek, w których ktoś wyznaje komuś miłość w świetle świec czy przy kominku, toczy się zupełnie inne życie – życie wyregulowane dźwiękiem syren i wybuchów, czasem płaczu, czasem tylko ciszy. Gdy to piszę, właśnie się zaczyna nalot – znów polecą iskandery i kindżały, znów na chwilę się zatrzyma czas a gdy znów ruszy, nad gruzami będzie się unosić chmura dymu. Może spod tych gruzów ktoś wyciągnie jakieś tlące się w zniszczonych ciuchach życie, może tylko zwłoki, może nawet tego nie da się odszukać. Kiedy ruszy czas i zrestartuje się codzienne życie, znowu będzie pełne płaczu, złorzeczenia, bólu, może otępienia, może pozostanie tylko rozpacz, może nic nie będzie. Nie mówimy o tym często ale właśnie w takim życiu, w takiej nędzy, w takich przerwach w czasie i dramatach, w takich gruzach i ruinach i alarmach tuż przed świtem wciąż bierzemy udział. Pusty śmiech mnie bierze kiedy słyszę od zadbanych, eleganckich ludzi o tym jak już bardzo są zmęczeni wojną. Bo to MY jesteśmy nią zmęczeni. Ale w odróżnieniu od nich, my tu wciąż jesteśmy. I będziemy do samego końca.
Podaruję sobie słowa. Niech powiedzą o tym liczby i tych parę fotografii z załącznika. Wnioski wyciągnijcie sami jeśli chcecie.
Od wakacji, od połowy sierpnia do początku listopada nasze auta – busy, ciężarówka, tiry – wyjeżdżały osiem razy, wioząc i odbudowując życie. Od początku roku – już piętnaście razy. I to nie jest koniec.
Wspieramy wszystkich, którzy potrzebują pomocy. Dzięki wsparciu Państwa Polskiego i Kancelaria Senat Rzeczypospolitej Polskiej docieramy do Domów Polskich praktycznie na terenie całej Ukrainy – a za ich pomocą do ludności ukraińskiej. Odbudowujemy życie.
Bar, Winnica, Kalinówka, Humań, Kropiwnicki, Chersoń, Zaporoże. Kijów i Połtawa. Sumy i Czernihów. Pokrowsk.
A nawet Lyon dzięki niesamowitej Magdalena Niepiekło i jej Aide Humanitaire pour l’Ukraine, Décines . Magda – Twoje dary dotarły tam, gdzie najbardziej ich potrzeba.
Zawieźliśmy ponad 70 ton pomocy. Tylko od początku stycznia – razem od początku wojny ponad 200.
Ponad 150 wózków inwalidzkich. Ciężarówkę artykułów rehabilitacyjnych. Drugą ciężarówkę – łóżek do szpitali na zapleczu frontu. Tir z jedzeniem. Drugi tir z jedzeniem. Trzeci tir z jedzeniem. I dwa tiry materacy. To wszystko dzięki współpracy z ludźmi o ogromnych sercach: Dmytro Savenkov Jr. , Sava Translogic, Good People Foundation/Фонд Добрих Людей, Caritas Archidiecezji Krakowskiej i Fundacja Avalon
Koce i ubrania. Kołdry i śpiwory.
Prawie 100 generatorów.
Zrobiliśmy od początku stycznia 1500 apteczek. Nadal je robimy i będziemy robić – do Sylwestra powinniśmy skończyć i dostarczyć dwa tysiące. Wspiera nas w tym od samego początku Fundacja Totalizatora Sportowego, Kulczyk Foundation i Fundacja Leroy Merlin. A dzięki Stowarzyszenie WIOSNA i BP nasze auta mają na czym jeździć. Dziewczyny – macie już swoje miejsce w niebie.
Podobnie jak Fundacja Humanitarna Folkowisko. I Tomasz, Aneta, Renata, Cichy, Paweł, Michał, John, Brian, Agnieszka, Magda …. Jesteście moimi bohaterami. Dziękuję, Przyjaciele.
Opatrunków i bandaży, staz czy dezynfekcji – już nie jestem w stanie zliczyć.
A to wciąż jest tylko kropla w morzu.
My robimy nadal swoje.
***
Ergo na koniec.
Cały świat drżał przed nieprzewidywalnym Trumpem a tymczasem to niemiecki kanclerz Olaf Scholz najwyraźniej zamierza przejść do historii jako ten, który podłożył i zdetonował ładunek pod światowym porządkiem opartym na „Pax Americana”. Można powiedzieć, że herr kanclerz jest jak oumuamua w wydaniu ziemskim. W każdym razie postawił pierwszy krok na spalonej ziemi. Nie mam wątpliwości, że za tym krokiem pójdą kolejne kroki a ziemia zadudni od ich łomotu.
Józef Beck mówił w polskim sejmie w maju 1939 r: ” My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę„; został wówczas entuzjastycznie przyjęty przez polskie społeczeństwo i wyśmiany przez Niemców, poszukujących swojego lebensraum na wschodzie Europy. Dziś wprawdzie koncepcji lebensraum – ani niemieckiej ani jakiejkolwiek innej poza ruską – nikt (przynajmniej oficjalnie) nie przywołuje, jednak paneuropejski (nie tylko niemiecki) chichot nad słowiańską naiwnością rozbrzmiał po zeszłotygodniowym, kurtuazyjnym telefonie Scholza do Putina ponownie po osiemdziesięciu pięciu latach – i to ze szczególnym wydźwiękiem. Dziś koncepcję „przestrzeni do życia” zastąpił handlowy „business as usual” jednak na tym kończą się różnice bo u źródła tej definicji leży dokładnie to samo: spokój, samozadowolenie, pełne brzuchy i ciepłe grzejniki Europejczyków.
Czy jesteśmy w przededniu nowego Teheranu i – co dużo groźniejsze – ostatecznego potwierdzenia impotencji i kompletnego braku sprawczości „państwa europejskiego” ? Jeśli tak, to czas na powrót powszechnej służby wojskowej. Bo larum grają coraz głośniej. Na Donbasie nie ma już co zbierać, za chwilę nie będzie co zbierać w Kobyłce, Starogardzie, Wilnie i Dorpacie a może nawet w Osnabruck, Lille czy w Paryżu.
My, Polacy, dobrze wiemy czym są międzynarodowe „konferencje pokojowe”, linie demarkacyjne i strefy zdemilitaryzowane. Straciliśmy w ten sposób pół państwa a wszelkie próby protestów czy oporu tłumione były bądź to pogardą („bękart traktatu wersalskiego” sto lat temu po Traktacie Ryskim) bądź wycieczkami na „nieludzką ziemię” czy murem aresztu śledczego przy Rakowieckiej w Warszawie gdzie w łeb brały (niestety masowo i dosłownie) idee walki przeciwko ruskiemu porządkowi świata i porządkowaniu przestrzeni europejskiej metodą faktów dokonanych. Dziś (jako europejska całość) stoimy przed niepowtarzalną szansą udowodnienia (co niewątpliwie znajdzie się w przyszłych podręcznikach do historii), że mimo bolesnych i krwawych lekcji – choćby tylko w ciągu ostatniego stulecia – wciąż popełniamy te same błędy, wciąż nie uczymy się na nich i wciąż nie potrafimy odróżnić prawdy od ściemy, choćby ta prawda miała nam wyrosnąć z ziemi i ukąsić w tyłek.
***
*1000 – tysiąc to kwestia umowna bo ta wojna trwa już dużo dłużej. Pierwszy pomruk frontu usłyszałem w 2015 roku, wtedy też widziałem pierwsze świeże groby. Od tej pory minęło dziewięć lat. W tym czasie ilość mieszkańców Ukrainy zmniejszyła się z ponad 40 milionów do ledwo 25. W ziemi leży milion, może dwa. Nikt nie wie ile deportowano dzieci, ile zgwałcono kobiet i mężczyzn, ilu ludzi zniszczono, ilu ludzi złamano, ilu stało się kalekami, ilu straciło dobytek i domy.
To jest właśnie ruski mir. Nie wolno z nim negocjować, nie wolno z nim rozmawiać, nie wolno podawać mu ręki.
Nie wolno.
ZADANIE DOFINANSOWANE W RAMACH SPRAWOWANIA OPIEKI SENATU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ NAD POLONIĄ I POLAKAMI ZA GRANICĄ W 2024 ROKU










































